niedziela, 16 marca 2014

ZIMOWY ULTRAMARATON KARKONOSKI

Budzik dzwoni po 3 rano. Drzemka raz. Znowu dzwoni. Drzemka dwa. W końcu wstaję. Wyspany jak zazwyczaj - etap rozklejania oczu idzie opornie. Szczególnie, że obok za hibernowani śpią jeszcze Błażej i Piotrek. Za półtora godziny będziemy już w kompletnie innym wymiarze świadomości. Będziemy oderwani od rzeczywistości gdzie ból miesza się ze szczęściem za każdym razem inaczej pukając do głowy. Będziemy biegli w pierwszym zimowym ultra maratonie w kraju. 
Zarówno powód organizacji jak i okolica zacna. To memoriał dla Tomka, który rok temu został na zawsze na grani Broad Peaku po pierwszym zimowym wejściu na ten ośmiotysięcznik. Stąd pewnie uczucie, że właśnie tego dnia tworzy się historia. Z drugiej - Karkonosze - góry najbliższe memu sercu, które podziwiałem i testowałem bardzo namiętnie od najmłodszych lat.

Na linię startu ruszamy wielka ekipą - ponad 150 osób sunie deptakiem przez centrum Karpacza. Wszyscy bardzo profesjonalnie ubrani, wysokie draby najczęściej z kijami w rękach. Wielu w charakterystycznych chustach z biegu Granią Tatr. Dopada mnie - ten sam co na zawodach sportowych w podstawówce - kompleks dziada. Zawsze jechałem w chińskim trampkach i dresach a reszta miała kolce, obcisłe leginsy i wypasionych trenerów. Całe szczęście sprzęt sam nie robi wyników ;) tym zazwyczaj się pocieszałem i tak czynię do teraz.

Ruszamy - początek łatwy. Z góry po asfalcie. Plan jest jeden. Biec szybko - tak szybko jak tylko mogę. To jedyna znana mi metoda żeby szybciej stanąć na mecie i zakończyć męczarnie. Ponoć można inaczej - dzisiaj będę miał jeszcze okazję się o tym przekonać. Po 3 km biegniemy kilkuosobową grupą goniąc pierwszego., który jakoś tak szybko znika z pola widzenia. Pierwszy techniczny zbieg i lecimy już tylko razem z Piotrkiem. Reszta jakoś ostrożniej zwalnia. Tak ciśniemy na Okraj. Wpadam jako drugi. 10 minut za pierwszym - to jakiś demon myślę. Chwilę za Okrajem zakładam raczki - to bardzo wybija z rytmu. Szczególnie że po pierwszych plamach lodu pojawia się asfalt więc sunę stalowymi bronami po szosie. Piotrek majaczy jeszcze na horyzoncie ale powoli znika. 


W międzyczasie wschodzi słońce - przepiękny widok. Na Śnieżce dochodzi mnie Beniamin.


Czując oddech jeszcze kilku następnych biegaczy na plecach mogę zrobić tylko jedno- zbiegam ze Śnieżki pełnym ogniem. Pomiar dokonuję przez szybko lecące po policzkach łzy od wiatru ;). Przy Domu Śląskim  myślę o luksusach, które czekają pod dachem ale pressing  wywierany przez rosłych drabów z tyłu jest zbyt duży - lecę dalej. Jeden z wolontariusz podaje żel - dzięki stary! 


Następne kilometry to miarowe klepanie po przepięknym grzbiecie Karkonoszy. Nikogo nie widzę z tyłu, nikogo nie widzę z przodu. Nuda - gdyby nie rześkie tempo i znak zapytania nad głową czy utrzymam takie tempo? Ekipa na punkcie żywieniowym na Odrodzeniu dopinguje i macha zachęcająco aby skorzystać z pyszności, które wystawili dla biegaczy. Na ostatnim podejściu na Tępy szczyt jednak ktoś mignął mi na plecach więc krzyczę do nich jedynie " strasznie bym się u Was napił ale muszę biec dalej" :).


Potem  sytuacja się komplikuje. Za plecami słyszę krzyki na punkcie odżywczym. Wiem, że to pościg. Staram się przyspieszyć ale na podejściu za przełęczą Karkonoską to niemożliwe. Czuję się jak  Harison Ford w Ściganym  - jednak teraz brak mi wiary w happy end. Co chwilę przeklinam w myślach decyzje o zapisach na Sudecką Setkę ;)
Benek dochodzi mnie przy spalonym schronisku. Mija bardzo szybko i po chwili znika z oczu. Czuję, że zwalniam. No tak - cisnąłem za szybko. Teraz będę umierał przez 20 kilometrów. Te i inne "optymistyczne" myśli na dobre zagnieżdżają się w głowie. Dodatkowo z camel baga lecą pierwsze podmuchy powietrza - muszę oszczędzać. Ratuję się śniegiem i lodem. Dalsza trasa do Szrenicy to istne polowanie. Pod każde nawet lekkie podejście zbliża się do mnie raz jeden a potem dwóch biegaczy.  Prezentują się całkiem zacnie co mobilizuje:



Od Śnieżnych Kotłów już raczej w dół. Na zbiegu dojść się nie dam więc wrzucam wyższy bieg. Lecę siłą rozpędu a w zasadzie siłą woli. Z wrażenia zaliczyłem sytego orła z fikołkiem na zbiegu na obejściu szlaku - z stłuczonym barkiem i pociętymi łapami biegnę dalej. Teraz już nie dam sobie wyrwać najgorszej tj. 4 pozycji. Na 3 km przed metą wybiega Tomek - razem już łatwiej - konsekwentnie ciągnie mnie do mety. Wybiegamy na ostatnia prostą - widzę najbliższych - finiszuję całkiem niepotrzebnie tak szybko jak tylko potrafię. Mijając Olka widzę olbrzymie szczęście w jego oczach - padam na mecie - centralnie na twarz. Przychodzą te emocje, dzięki którym ta nudna czynność (tj. bieganie) nabiera sensu absolutnego. Łzy szczęścia stają w oczach. Dochodzą do mnie głosy - Olek powtarza w kółko uśmiechnięty " tatusiu ty prawie wygrałeś" :). Cała duża rodzina na mecie dodatkowo podkręca atmosferę. Jest bosko. Pomimo, że ostatnie 20 km zdychałem na potęgę podejmę rękawicę jeszcze nie raz. Taki klimat.




Impreza ta, oprócz doskonałej organizacji, była wyjątkowa. Pod wieloma względami. To nie jedne z wielu  jakieś tam zawody sportowe. To bardzo dobra inicjatywa na wspomnienie wielkiego człowieka. Pomysł doskonały i cieszę się, że mogłem wziąć w tym udział. Szacun dla rodziny, organizatorów, przyjaciół, znajomych, muzyków, biegaczy i innych którzy przyczynili się do tego że było jak było.

Zdjęć nie cykałem a powyższe użyłem ze strony organizatora: http://ultramaratonkarkonoski.pl/


2 komentarze:

  1. Raz jeszcze szacun! A co za poruszenie było w Domy Śląskim, jak widzieliśmy Was, pierwszych zbiegających jak torpedy ze szczytu Śnieżki - kolorowe punkciki zygzakami trawersów zbliżające się do nas!

    OdpowiedzUsuń