niedziela, 27 lipca 2014

PIERWSZE TAM I Z POWROTEM

Dojechaliśmy do naszego campingu w Randzie - bawiliśmy już tu jakieś 4 lata temu. Jakieś 12 godzin trasy i leje jak z cebra - ma tak być przez parę dni. Mimo to wieczorem łapiemy się na okienko i wychodzimy na jakieś 2000 w kierunku Weisshorna na piwo i orzeszki. Leje znowu ale raczej nie wadzi.
Leje również przez noc i następny dzień. Dlatego nie spiesząc się jak lekko odpuszcza ruszamy do Domhutte (2950). Oczywiście nic nie widać za to kozice, standardowo już, podchodzą blisko.

Nikogo na trasie bo w taka pogodę nikt normalny nie chodzi. Potwierdzają to dziewczyny z Domhutte, które stwierdzają że to muszą być lokalsi bo w taka pogodę i bez plecaków nikt "z zewnątrz" się tu nie wypuszcza. Komplement przyjmujemy z nieskrywana radością. 

Jemy zupę grzybową z jajkiem i popijamy herba w mega luksusowej chacie gdzie nocleg kosztuje prawie 300 zeta. Wychodzimy jeszcze trochę wyżej na 3350 gdzie odpowiednie przygotowanie sprzętowe zachęca do odwrotu. Rok wcześniej tez w niskich skarpetach walczyliśmy z Błażejem na zboczach Czegetu ale to się łatwo zapomina ;-).

I tak nie planowaliśmy tak wysoko. Zejście bardzo szybkie po mokrych ale klejących się do rąk skałach.

Jutro lecimy w lekkich butach na Breithorn sprawdzić czy się da.
Leniwie pobudka koło 7. Płatki owsiane i o 8:20 lądujemy w centrum Zermatt.

Za dokładnie 8h:45min będziemy tu z powrotem lekko przetyrani. Michałowi ze 2 kilo ubyło na twarzy :).

Na początku idziemy - oszczędzamy się bo to wyjście aklimatyzacyjne więc bez nadmiernego pośpiechu. Robimy zdjęcia jak klasycni turyści np. kozy malowane od szablonu i takie tam. 

Do momentu kiedy doganiają nas dzieci, które robią jakiś trening biegowy. Nie nasza kategoria wiekowa ale tak być nie może - ruszamy. Urywamy grubo ponad połowę czasu według wskazań na drogowskazach. Od ok. 2700 wchodzimy w chmurę i już z niej nie wyjdziemy do końca dnia. Tylko raz na chwile pokazuje sie Matterhorn - dobrze że już tam byliśmy bo trzeba by zmienić plany. Kto widział tę bestię na żywo wie o czym mowa :). Ta pogoda jest nam na rękę bo zapomnieliśmy kremu z filtrem - już wieczorem okaże się jak mylny to był wniosek. Po 4 h meldujemy sie przy Klein Materhornie - narobiliśmy zakosów nudną trasą narciarską nadkładając parę kilometrów.

Zagadujemy przewodnika jak dojść na Breithorn. I Will never go to climb Breithorn without rope and other gear oraz ogólne zniechęcenie to oczywiście mocne akcenty tej rozmowy ale udaje nam się wydusić z szeryfa kierunek dalszego biegu. Dla kogoś kto pracuje jako przewodnik i "wciąga" ludzi na szczyt nasz ubiór, godzina, brak liny to skrajna głupota. A właśnie dzięki wytrenowaniu i ograniczeniu wagi sprzętu można poruszać się kilka razy szybciej i przez to spędzać mniej czasu w górach. 2 godziny później meldujemy się na szczycie. Jest ok 15:30. Szczęście duże bo być samemu na szczycie tej góry jest mało, jeśli w ogóle, możliwe a ostatnie teamy, które schodzą w dół mijamy w kopule szczytowej. Przyczajony odcinek po grani z lufą na obydwie strony na samym końcu to wiśnia na torcie. Szczyt wygląda (albo nie wygląda) tak: 

Choć kompletnie nic nie widać to jak to bywa na szczytach radocha jest  


Na zegarku prawie widać wysokość 4158 m. W takich ciuchach trzeba szybko uciekać w niziny. Doganiamy niektórych wspinaczy i ogniem ciśniemy w dół. Po 2h:40min padamy na pysk w centrum Zermatt. Urobione 2652 m do góry i 2636 w dół. Blisko 34 km odległości. Nogi jak z waty - padam.


Da się? DA SIĘ :D 
Tylko na przyszłość trzeba się lepiej (w sensie w ogóle) smarować kremem - już wieczorem jedzenie przychodzi ekstremalnie trudno bo otwarcie buzi przyprawia o ból większy niż przebiegnięcie 100 km. 

2 komentarze:

  1. szacun grandes - czekamy z Michałem na wywiad

    OdpowiedzUsuń
  2. na weekend postaram się zawitać - może macie ochotę się też przebiec przy okazji gdzieś u nas?

    OdpowiedzUsuń